Okropny miesiąc. Okropny w sensie wydarzeń, zajęć. Postanowiliśmy wziąć się za gruntowny remont mieszkania. Początkowo miała być sama kuchnia, ale jakoś zaczęliśmy się rozpędzać i doszli do wniosku, ze wszystko znów zrobimy od początku po swojemu. B. pracował, ja pilnowałam pracowników, robiłam "męskie cappucino", bo takowe sobie życzyli.
I o ile skończył się remont kuchni zaczął się horror z ZUSem.
Był piękny 22.10. koło godziny 12. widziałam, że jakiś list jest w skrzynce na listy, wyszłam go wyciągnąć i co? Szok! Ponoć dziś byli u mnie pracownicy ZUS, którzy nie zastali mnie w domu... Ciepło, wręcz gorąco na polu, cały dom się wietrzy, siedzę przed TV, a tu nie zastali mnie w domu. Wiedziałam jakie są konsekwencje takiej wizyty. Spanikowałam, że zabiorą mi pieniądze, a do marca przecież jeszcze masa czasu. Zaczęłam kombinować. Dzwonie do ZUS pytam o co to chodzi, bo nie jest prawdą, że nie ma mnie w domu... babka każe mi napisać wyjaśnienie, że mam dużego psa spuszczonego dlatego Pani inspektor nie weszła do domu- ściema, pies jest, ale zamknięty, do tego jest domofon przy bramce. Drugi pomysł Pani z ZUS to żebym napisała, że nie było prądu przez co nie było możliwości przedostania się przez ogrodzenie, a najlepszy trzeci pomysł... że nie mamy skrzynki na listy więc nie miała gdzie zostawić kartki, bała się psa i nie miała jak wejść.. Masakra co za urząd! W końcu ratunkiem mógł się okazać lekarz, ale bez przesady, dlaczego skoro byłam w domu? Stwierdziłam, że się nie dam! Mam zwolnienie "chodzone" więc czego oni chcą ode mnie? Zadzwoniłam jeszcze raz do tej udanej pani w ZUSie skoro udzieliła mi tylu wskazówek jak oszukać samą siebie, a wybielić jej pracodawcę to niech teraz ona się ogarnie i pomyśli moimi, a nie swoimi kategoriami. Kazałam jej podać nr tel komórkowego do Pani inspektor, żeby na miejscu wyjaśnić to nieporozumienie. Oczywiście nie mogła podać, bo wie co by było...a uwierzcie działoby się, bo się zdenerwowałam. Kazała podać swoje dane, adres oraz tel domowy. Podałam i Pani inspektor miała się ze mną kontaktować. Leżałam blada jak trup na kanapie i czekałam na telefon, a co się okazało? Wielmożna Pani przyjechała osobiście i co... niemal przeprosiła. Widziała, że dom był pootwierany, że pościel wisiała, ale zadzwoniła domofonem tylko raz i to w dodatku nie tym przyciskiem. Kazała podpisać listę i poszła. Ciśnienie moje pewnie z 199/100. Nigdy więcej takich przeżyć. Masakra jakaś.
29.10. byłam u lekarki innej niż mój prowadzący, żeby się przekonać co powie inny lekarz. Okazało się, że będziemy mieli małą Olę, ale dopiero jutro mam USG połówkowe, a tam będą podane już szczegóły. Wybrałam się po wizycie do kuzynki... jak zawsze zasiedziałam się i z tej radości nie mogłam zasnąć. Podczas USG mała uśmiechała się jakby wiedziała, że ją podglądamy.
30.10. miałam zrobione USG połówkowe i potwierdziło się to co dowiedziałam się wczoraj. .Wszystko jest Ok, a w brzuchu jest mała Oleńka, a nie Józiu :). Pojechałam z płytą, zdjęciami do B. Wiedziałam, że się nabija ze mnie, ale z wrażenia się poryczałam. Zamiast się cieszyć, że dziecko rośnie, jest zdrowe, ma wszystko co mieć powinno, to marudzi, że to dziewczyna...oj wyprowadził mnie z równowagi, ale później ogarnął się on i jakoś ogarnęłam się ja więc była radość. Poczułam się tak samo jak czytałam pamiętnik z dnia kiedy ja się urodziłam... Dziadek gdy dowiedział, się, że urodziła się wnuczka to mina mu zmarniała, bo liczył, że pierwszy będzie wnuk. No cóż, natura nie wybiera! Koniec miesiąca, później 1 listopada, wizyty na cmentarzach, spotkania rodzinne..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz